70 lat SP we Wrześciu (1)

Czasy pionierskie 

Leżą przede mną na biurku stare, pożółkłe kartki różnych dokumentów, zapisków. Mam przed sobą brulion dumnie nazwany Kroniką Szkoły Podstawowej we Wrześciu, w którym na dwóch,

Stanisław Bednarski z pierwszymi uczniami podczas wycieczki.
Stanisław Bednarski z pierwszymi uczniami podczas wycieczki.

trzech stronach opisane są kolejne lata funkcjonowania jednej z wielu placówek oświatowych powstałych po 1945 roku na tzw. Ziemiach Odzyskanych.

***

Urodziłem się 20 lat po wojnie, a ze szkołą związałem swoje życie prawie 50 po jej uruchomieniu. Dzięki temu, że miałem możliwość poznać i rozmawiać ze świadkami i bohaterami tamtych czasów dla mnie te pożółkłe stronice są czymś więcej niż tylko starymi dokumentami.

Pierwsze miesiące i lata po wprowadzeniu na tereny Pomorza Zachodniego polskiej administracji to czasy pod wieloma względami pionierskie. Trzeba przypomnieć, że tak jak w odległym o 12 kilometrów Słupsku, tak i we Wrześciu przez pierwsze miesiące stacjonowały wojska sowieckie- w budynku poniemieckiej szkoły. Przez długi jeszcze czas mieszkali tu także Niemcy, którzy nie zdecydowali się opuścić swoich domów. Według relacji nie wszyscy byli przekonani, że będą kiedykolwiek do tego zmuszeni. Wierzyli, że to tylko stan przejściowy. Trudno się im dziwić, byli tu od wieków.

Dla współczesnych pokoleń zupełnie oczywiste jest, że ziemie, na których żyjemy należą do Polski. Każdego roku przekonuję się o tym coraz bardziej zadając pytanie kolejnym rocznikom moich uczniów: Skąd pochodzą? Skąd pochodzą ich rodzice? Oczywiście najczęstszą odpowiedzią (zgodną z prawdą) jest: z Wrześcia, Lubuczewa, Wiklina, Karżcina. Dopiero gdy dopytuję o dziadków, babcie, pradziadków, zaczynamy pokazywać na mapie rejony niemal całej przedwojennej Polski. Trzeba przyznać, że największą świadomość swojego pochodzenia mają niektórzy mieszkańcy Wiklina, którzy przybyli do tej miejscowości w ramach akcji „Wisła”. Wielu osiedleńców było jednak przeświadczonych, że wracają na stare, słowiańskie ziemie (o czym później).

O trudnościach pierwszych osadników można wnioskować choćby z problemów zaistniałych przy tworzeniu polskich nazw miejscowości i podległości administracyjnej. Pierwsze dokumenty wystawiane były nie na Wrzeście, a na Wrzeszcz, a do dzisiaj niektórzy starsi mieszkańcy jadą do Karczyna zamiast do Karżcina. Administracyjnie zaś do 1952 roku Wrzeście należało do gminy Lubuczewo. Po zmianie, od tegoż roku aż do 1 stycznia 1973 roku władze lokalne pod administracyjną nazwą gromada miały siedzibę we Wrześciu. Po zlikwidowaniu gromad i przywróceniu gmin do dzisiaj jesteśmy częścią gminy wiejskiej Słupsk.

Jeszcze więcej zmian następowało w przynależności do administracji wyższego szczebla. Choć przez większość lat Wrzeście należało do powiatu słupskiego (z oczywistą przerwą, kiedy powiatów nie było) to z województwami już tak dobrze nie było. Najpierw przez pierwszy okres powojenny zostaliśmy przydzieleni do tzw. III okręgu administracyjnego- Pomorze Zachodnie. Od 25 września 1945 roku władze administracyjne tego okręgu mieściły się w Gdańsku. Już jednak od 28 czerwca 1946 roku sprawy wojewódzkie załatwiać musieliśmy w Szczecinie. Droga do wojewody skróciła się po kolejnej reformie administracyjnej, która nastąpiła 6 lipca 1950 roku. Najbliżej nam do siedziby województwa było od 1 czerwca 1975 roku do 31 grudnia 1998 roku ponieważ do Słupska mamy tylko 12 kilometrów. Dziś, podobnie jak na początku tej drogi, jeździmy do Gdańska. Ciekawe, czy to już koniec zmian?

***

Na tak zorganizowany (albo niezorganizowany) teren jesienią 1945 roku przybył do Słupska pan Stanisław Bednarski. Pewnie przez całą drogę z Końskich leżących w centralnej Polsce zastanawiał się czym mógłby się zająć. Przed wojną był zawodowym wojskowym. Prawie do września 1939 roku odpowiedzialny był za sprawy kulturalno-oświatowe, m.in. prowadził bibliotekę w Twierdzy Modlin. Dopiero w obliczu zbliżającej się wojny postarał się o przydział umożliwiający walkę. Podczas wojny po klęsce wrześniowej nie złożył broni. W strukturach Armii Krajowej jako ppor. Drzazga do końca walczył z okupantem hitlerowskim. No tak, ale przecież do tego przyznać się nie mógł. Dlatego zresztą jak wielu z tamtych terenów, jak wielu ze zniszczonej Warszawy akowców przenosił się ze świadomością, że o wojennych zasługach długo nikomu nie będzie mógł opowiedzieć, ani się do nich przyznać. Po wielu latach w 1992 roku dane mi było poznać historię pana Stanisława. Dziękuję losowi, że wtedy udało się odnaleźć jego adres i że mogliśmy się spotkać. Choć ten jedyny raz. O tym spotkaniu i jego owocach będzie czas jeszcze opowiedzieć. Pan Stanisław Bednarski mieszkał we Wrześciu do 20 września 1971 roku. Wtedy z żoną i dziećmi powrócił do rodzinnych Końskich. Dożył sędziwych lat. Zmarł w wieku 102. lat w 2012 roku, w końcówce zycia doceniony za działalność podczas II wojny światowej oraz wielu lat pracy we Wrześciu.

Wróćmy jednak do rozterek pana Stanisława Bednarskiego związanych z tym, czym mógłby się zająć. Ważne, że mógł się na tych terenach czuć w miarę bezpiecznie. Jak po wielu latach się okazało Słupsk był miastem, do którego przybyła większość z dowództwa AK okręgu Końskie. Mógł więc liczyć na pomoc. Rozmyślając stwierdził, że biorąc pod uwagę swoje zajęcia przedwojenne, a także mając na uwadze to, iż jego żona Stefania od 1931 roku była nauczycielką, najbliżej mu było do oświaty.

I tak jako 59 nauczyciel na miasto i powiat Słupsk dostał zadanie od ówczesnego Inspektora Oświaty w Słupsku uruchomienia polskiej szkoły w miejscowości Wrzeście. Pan Stanisław wspominał, iż miał „poczucie dumy, że po długich wiekach germańskiego panowania dane mi było przywracać polskość tym ziemiom. Wystrowski Bach, Slawe Zelkow, Slawe Bukow, Karcyn, Dominke, Lipcow, Zorchow, Kukow, Rogac, Malaszewski, Brzeski. Nazwy tych miejscowości o słowiańskim brzmieniu były dla mnie tak bliskie jak Kamienna Wola, Dziadek, Miedzierza, czy Końskie.”

***

Kiedy jako pierwszy polski nauczyciel przybył do Wrześcia jego oczom ukazał się żałosny widok. Budynki szkolne, pozostawione przez stacjonujące w nich wojska sowieckie, były w opłakanym stanie. Właściwie przez pierwszych kilkanaście lat starania kierownictwa szkoły, kolejnych nauczycieli zmierzały głównie do tego, żeby polepszać warunki nauki. Ta troska przebija praktycznie ze wszystkich kart pierwszej kroniki szkolnej. Tak wspominał czas uruchamiania szkoły (było to pomiędzy 14 a 19 grudnia) w swoich zapiskach:

„Budynek szkolny, ławki, jakaś okaleczona szafa, ślady pomieszczeń gabinetu fizycznego i kilka zniszczonych map. To cały majątek jaki pozostał po szkole niemieckiej. Chcąc jak najszybciej uruchomić szkołę zająłem się skompletowaniem ławek, stołu i tablicy, a kiedy to już było gotowe pozostało jeszcze postarać się o szkło i zaszklić około 30. szyb…”.

Pierwsze zajęcia w szkole odbyły się 19 grudnia 1945 roku. Do szkoły zapisało się 14. uczniów. Oczywiście nie było podziału na klasy. Najpierw należało w tej gromadzie dzieci w różnym wieku rozpoznać te, które znają litery, umieją lepiej czy gorzej czytać i pisać. Myśląc o tym, że stali przed nauczycielem, który tym nauczycielem był tylko z nazwy, uczniowie, którzy potrzebowali praktycznie indywidualnego programu nauczania zastanawiam się nieraz jak poradziliby sobie współcześni pedagodzy nieraz po kilku fakultetach. Wierzę, że poradziliby sobie. Jest jeden warunek sukcesu. Najlepiej zabrzmi on znowu w słowach pana Bednarskiego:

„…tu na ziemi prastarego polskiego Pomorza jakoś uroczyściej i majestatyczniej brzmiała chóralnie odmawiana modlitwa: Duchu Święty, Który oświecasz serca i umysły nasze… Uczuciem radości i smutku zarazem napełniła się dusza moja. Stanęły jak żywe przede mną minione lata szczęśliwego dzieciństwa, kiedy i ja byłem dzieckiem- kiedy modliłem się do Ducha Świętego o oświecenie serca i umysłu mego. (…) Polska zrządzeniem losów wraca na swoje piastowskie ziemie, a ja jestem jednym z tych, (…) którzy mogą nieść oświaty kaganiec. Dumny byłem, że wiedziony nieomylnym instynktem tu się znalazłem. I ten zaszczyt, który mnie spotkał widziany tylko oczami duszy mojej był pierwszą i największą dla mnie nagrodą za pracę i ukierunkowaniem tej szkoły.”

Ten warunek to pasja i chęć oddania się pracy.

Wspomniałem już, że żona pana Stanisława, Stefania była od 1931 roku nauczycielką. Naturalne więc było, że kiedy w sierpniu 1946 roku przybyła za mężem, jako przygotowana do pełnienia funkcji przejęła z rąk męża kierowanie szkołą.

Podobnie jak on swoje najważniejsze zadania widziała w poprawianiu warunków panujących w budynku szkolnym. Z zapisanych kart dokumentów przebija troska zarówno o zdobycie podstawowych pomocy do nauki, jak i załatanie największych dziur w dachu.

Pierwsze prace oprócz pana Stanisława wykonywali przysyłani do pracy Niemcy. Dopiero po wizycie panów inspektorów oświaty i samorządu pomoc była bardziej widoczna i znacząca. Dzięki temu rok szkolny mógł się zacząć w miarę znośnych warunkach. Szkoła miała więc już dwóch nauczycieli. 64. zapisanych uczniów uczyło się w dwuklasówce z czterema oddziałami. W kolejnych latach liczba dzieci wzrastała, po kilku latach przekraczając 100. Życie szkolne coraz bardziej przybierało ramy normalności. Odbywały się uroczystości szkolne, akademie z okazji świąt państwowych, utworzono koło PCK, wybrano Komitet Rodzicielski, którego długoletnią przewodniczącą była pani Kowalska. Nauczyciele wraz z dziećmi starli się pozyskiwać fundusze na zakup pomocy naukowych. W tym celu np. w 1946 roku dwukrotnie wystawiono jasełka.

***

Czytając zapiski w kronice szkolnej można odnaleźć również znaki zmieniającej się sytuacji politycznej. Do 1947 roku często pojawiają się informacje o świętach kościelnych, pierwszej komunii świętej dzieci czy wspólnych modlitwach. W kolejnym roku szkolnym pierwszą informacją jest informacja o uroczystości z okazji 30-tej rocznicy rewolucji październikowej w Rosji. Wprawdzie jest informacja o zorganizowaniu przez koło PCK zbiórki na paczki z okazji Świąt Bożego Narodzenia dla ubogich, ale już w lutym dowiadujemy się, że mija właśnie 5 lat od zwycięskiej bitwy pod Stalingradem. Była to okazja do zapoznania uczniów z postacią wielkiego Józefa Stalina. Niedługo później odbył się poranek w drugą rocznicę śmierci gen. Karola Świerczewskiego, co było okazją do opowiedzenia o walce z banderowcami. Pomimo tej tematyki podczas uroczystości udawało się jednak przemycać śpiewanie Roty, czy informacje o święcie 3 Maja.

Zakończenie roku szkolnego 1947/1948 nie dla wszystkich było przyjemne. Choć uroczystość zakończenia obfitowała w recytacje i śpiewy to nie wszyscy mogli cieszyć się promocją. Coraz częściej pojawiają się informacje o niespełnianiu obowiązku szkolnego, nieprzykładaniu się do nauki i braku współpracy rodziców ze szkołą.

Kolejne lata pracy w szkole upływały na staraniach, aby ciągle polepszać warunki pracy i nauki. Z uwagi na coraz większą liczbę uczniów oprócz dwóch sal w szkole na jej na potrzeby zaadaptowano dwa pomieszczenia na plebanii. Było to konieczne ponieważ co roku przybywał kolejny oddział i należało myśleć o urządzaniu sal specjalistycznych.

W latach pięćdziesiątych pan Bednarski podjął się organizacji harcerstwa. Ta praca przynosiła bardzo pozytywne efekty. Jednak oczkiem w głowie pana Stanisława stał się ogród doświadczalny, w którym uprawiane były różne nieznane rośliny. Ta praca była często doceniana i niejednokrotnie nagradzana na szczeblu powiatu.

Pierwsze lata pracy szkoły to ciągła walka o to, aby jak najlepiej sprostać pewnie niewielkim wtedy, ale pewnym standardom. Trudności bytowe były już omawiane. Jednak nie mniejsze były z samymi uczniami. Szczególnie w pierwszych latach powojennych dużym problemem był ich stan wiedzy i duże zróżnicowanie, bynajmniej nie ze względu na wiek. Uczniowie przyjeżdżali i wyjeżdżali ze względu na zmianę miejsca zamieszkania ich rodziców. Dużą niedogodnością było też to, że ponad setkę uczniów w siedmiu oddziałach uczyło tylko dwoje nauczycieli. Jednak i tu miała niedługo nastąpić zmiana.

***

W roku szkolnym 1951/1952 pracę podjął trzeci nauczyciel – Stefan Kuśnierczyk. Rok później zaczęła pracę Aleksandra Pietrzak, która pod nazwiskiem Jakubczyk pracowała w naszej szkole aż do emerytury. W tym miejscu warto dodać, że powodem tak małej liczby uczących nauczycieli wcale nie był ich brak, ale ogólne przepisy i o wiele wyższe pensum nauczycielskie.

Jak bardzo zmieniło się życie i warunki bytowe uczniów na przestrzeni wielu lat można by wiele opowiadać. Dzisiejszych uczniów ciężko byłoby pewnie przekonać do nauki w tamtych czasach. Jedno z porównań nasunęło mi się, gdy czytałem informację o akcji dożywiania uczniów przeprowadzonej w 1950 roku:

„W okresie wiosennym Zarząd Gminy w Lubuczewie asygnował na dożywianie dzieci 11 tys. złotych. Dożywianie zorganizowane było w ten sposób, że przewodnicząca Komitetu Rodzicielskiego ob. Kowalska akcję tę poprowadziła. Kupowała chleb lub bułki- smarowała masłem lub szmalcem. Każde dziecko otrzymywało przeznaczoną porcję. Dożywianie trwało przez dwa tygodnie.”

Ciekawe, co myślą teraz (jeśli to czytają) uczniowie gminy Słupsk, na terenie której wszyscy mają prawo do bezpłatnych obiadów i to przez cały rok. Opowieść o poszanowaniu jedzenia w tym kontekście mogłaby zająć tu sporo miejsca. Tak na marginesie ciekawe, co na tak zorganizowane dożywianie powiedziałyby dzisiejsze służby sanitarne?

W tym samym 1950 roku miały miejsce jaszcze co najmniej dwa przyjemne wydarzenia. Pierwsze to zakup piłki. Mogło się to odbyć dzięki loterii fantowej urządzonej przez Koło Przyjaciół Żołnierza. Po przeliczeniu pieniędzy dwóch członków koła specjalnie pojechało do Słupska i… „kupiło piłkę do gry”.

Drugie ważne i bardzo przyjemne wydarzenie mogło mieć miejsce dzięki dochodom z zabawy tanecznej zorganizowanej przez Komitet Rodzicielski. Za 10 tys. zł zorganizowano wycieczkę do Ustki. Wzięło w niej udział 68. dzieci. „Zawiezione były traktorem i powróciły też”. Zastanawiam się, czy dzieci zdawały sobie wtedy sprawę w jak niebezpiecznych warunkach były wiezione. Myślę jednak, że podobnie jak dla mnie (gdy wożono mnie „bonanzą” na wykopki) fajniejszego transportu nigdy nie widziałem. No, może tylko w Bornem Sulinowie miejscowy oprowadzacz dysponuje lepszym. Polecam.

Bardzo żałuję, że nie zachowały się (albo nie istniały) dzienniki lekcyjne oraz arkusze ocen z pierwszych lat istnienia szkoły. Brak też protokolarzy obrad Rad Pedagogicznych. Niemożliwe jest z tego powodu odtworzenie imion i nazwisk pierwszych uczniów naszej szkoły. O pełnych danych można mówić od roku 1950, kiedy założono pierwszą księgę uczniów. Myślę jednak, że wśród tych pierwszych odnajdą się urodzeni jeszcze w latach trzydziestych Helena Błędowska, Kazimiera Misztal, Anna Januszewska, Genowefa Ciesielska, Katarzyna Litwin, Zofia Staruch, Julia Łukaczyk, Ryszard Wolak, Wacław Kozłowski, Józef Duraj, Ryszard Nadolny, Zofia Terefenko. Niewiele młodsi byli urodzeni na początku lat czterdziestych Roman Setnik, Jan Szewczyk, Jerzy Kędziora, Jan Łukaczyk, Leokadia Damaszka, Halina Pieczykolan, Stefania Paduch, Bronislawa Kaufman, Danuta Jakubiec, Halina Adamska, Krystyna Smagieł, Emilia Wnuk, Stefan Miłek, Antoni Lepper, Wanda Trapówka.

***

Początek lat pięćdziesiątych w szkole, jak można się domyślać, to coraz więcej informacji związanych z ówczesną sytuacją polityczną. Nadal więc obchodzono w szkole rocznicę rewolucji oraz urządzano poranek o „życiu i działaniu genialnego człowieka Włodzimierza Lenina”. W tym samych roku odnajdujemy też informację o uczczeniu powstania „Republiki Niemiec”. Ciekawe, których?

W roku szkolnym 1950/51 nauczyciele przeżyli najmniej lubiany do dzisiaj czas. Dwukrotnie, najpierw 12 września, a następnie 12 października szkołę odwiedzili inspektorzy szkolni i przeprowadzili zajęcia. Nic nie wiemy o wynikach tych wizyt, ale chyba najgorzej nie było.

Spośród wielu uroczystości, które w tym roku się odbyły na szczególną uwagę zasługuje zorganizowany 3 czerwca Dzień Dziecka, na który zjechali uczniowie ze wszystkich szkół gminy Lubuczewo, a także dzieci ze świetlicy TPD ze Słupska. Wcześniej z okazji Święta 1-go Maja w miejscowej świetlicy nazywanej dumnie Domem Ludowym dzieci pokazały sztukę pt. „Będę Sołtysem”. Takie to były marzenia dzieci.

Kolejny rok szkolny rozpoczął się znaczącymi zmianami w życiu szkoły. Po raz pierwszy w ławach szkolnych zasiedli siódmoklasiści. Oprócz tego, że w ten sposób szkoła uzyskała rangę pełnej szkoły podstawowej, to stała się szkołą gminną dla pobliskich szkół niżej zorganizowanych: w Wiklinie, Lubuczewie i Karżcinie. Znacząco wzrosła w ten sposób liczba uczniów. Z tego powodu odżył palący problem braku sal lekcyjnych. W związku ze zwiększeniem liczby oddziałów wydział oświaty zezwolił nareszcie na zatrudnienie trzeciego nauczyciela, którym został wspomniany już Stefan Kuśnierczyk.

O trudnej walce o polepszenie warunków nauczania prowadzonych przez całe dziesięciolecie, które zaowocowały oddaniem do użytku nowego budynku szkolnego napiszę w kolejnym odcinku monografii.

Dodaj komentarz