Uwłaszczenie prawicy

Czyli teraz k…wa ja. To znane z przeszłości i wciąż aktualne zawołanie skierowałem w kierunku przyszłych wyborów i rzeczywistych powodów startowania kandydatów na radnych. Mam powody przypuszczać, że większość kandydatów (w tym 015-Piorem015005-Obecnyniestety i słupskich) na rajców miejskich hołduje zasadzie „teraz k…a ja!. Co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości. Świadczy o tym realny świat polityki, który się dzieje tutaj i teraz.

Wyobraźmy sobie sytuację hipotetyczną, a wszelkie skojarzenia będą tylko potwierdzeniem prawdziwości moich stwierdzeń. Nie jest tajemnicą, że nasi przedstawiciele w organach wybieralnych, za swoje zasługi na polu czołobitności partyjnej i przynależności do jedynie słusznej partii osiągnęli w ostatnim czasie dość znaczne profity.

Wyimaginujmy sobie np. radną (radnego), której historia mogłaby wyglądać groteskowo i przypominać karierę wypisz wymaluj podobną do kariery pewnego aptekarza z Łomianek, który w krótkim czasie stał się rzecznikiem MON-u. A „poważni” oficerowie trzymali nad nim parasol przeciwdeszczowy i tytułowali go ministrem. Wyobraźmy sobie, że w mojej ocenie największe kwalifikacje do otrzymania takiego tytułu miałaby np. pani o wykształceniu humanistycznym, która przyjmie każdą posadę byleby załapać się na wielki szmal.

Czyż – jeżeli by taka istniała, nie miała by prawo otrzymać tytułu np. w dowolnym miescie lokalnego Misiewicza roku? Aby na taki tytuł zasłużyć wystarczyłoby na każdym kroku krytykować np. w Słupsku prezydenta Roberta Biedronia, w Poznaniu Jacka Jaśkowiaka, a w Warszawie Hannę Gronkiewicz-Walc – i to za wszystko, a najlepiej za byle co.

Wtedy partia dostrzeże zasługi swojej kadrowej funkcjonariuszki (funkcjonariusza) i posady w spółkach skarbu państwa, skarbu województwa leżą u stóp przysłowiowych „Misiewiczów”.

Jak to załatwić?

Nic prostszego, trzeba tylko znaleźć dojście do odpowiednich osób. A dochodzących podobno coraz więcej i tłok jak na Marszałkowskiej.

Mogłoby to wyglądać np. tak:

Dzięki legitymacji partyjnej jedynie słusznego ugrupowania pracę może załatwić znajomy, który np. jest ojcem znanego polityka, a którego pani humanistka zna. Można mu się wypłakać do rękawa przy okazji wizyty np. w sejmie, że nie ma się pracy, a ta, która jest np. w szkole lub w biurze jest źle płatna i nie na ambicję pani radnej, a przy tym jest szkodliwa i nadwyręża jej zdrowie. W związku z tym musi przebywać często na zwolnieniach lekarskich, które ochoczo wystawiają jej lekarze koledzy partyjni z przewodniej partii.

Wtedy droga do satysfakcjonującej i atrakcyjnej posady w radach nadzorczych stoi otworem. U stóp „Misiewiczów” leżą szpitale, energetyki cieplne, zarządy portów, ZUS-y, fabryki paliwowe, itp., itd. Do wyboru i do koloru.

Warto w naszym kraju być „Misiewiczem”. Trzeba tylko mieć głowę na karku i jak mawia klasyk: „Nie sztuka się narobić i nie zarobić, sztuką jest to, aby zarobić i się nie narobić” szczególnie wtedy gdy nie ma pracy dla ludzi z naszym wyksztalceniem.

Zatem stańmy do wyborów w myśl zasady: Teraz k…a my!

Można? Można. Takie postępowanie w najbliższych wydaniach gazety będziemy przypasowywać do konkretnych nazwisk i chyba nie będzie to zbyt trudne.

Andrzej Obecny

obecny@poczta.onet.pl

Dodaj komentarz